Jak Polacy zepsuli święto Hitlera. Triumf w rajdzie „2000 km przez Niemcy”

Wyobraźcie sobie sytuację: potężna machina propagandowa III Rzeszy, ponad tysiąc zawodników na starcie, 100 tysięcy ludzi zaangażowanych w organizację i jeden, z góry założony cel – wielkie, spektakularne zwycięstwo niemieckiej motoryzacji. Na mecie w Baden-Baden pojawia się jednak załoga, której nikt tam nie chciał. Polacy, Witalis Rynkiewicz i Józef Docha, bezlitośnie utarli nosa Adolfowi Hitlerowi, wygrywając morderczy rajd „2000 km przez Niemcy”.
Był lipiec 1934 roku. Od dojścia NSDAP do władzy minęło zaledwie półtora roku, a nowo powstały reżim szukał każdego możliwego sposobu, by udowodnić potęgę niemieckiego przemysłu. Idealną okazją miał być rajd „2000 km przez Niemcy” (2000 km durch Deutschland) – gigantyczna, mordercza próba wytrzymałości maszyn i ludzi, zorganizowana z niespotykanym dotąd rozmachem.
Trasa wiodła z Berlina, przez całe Niemcy, aż do uzdrowiskowego Baden-Baden. Nad bezpieczeństwem i logistyką czuwało ponad 100 tysięcy ludzi, w tym paramilitarne bojówki NSKK, SS oraz Reichswehra. Na starcie stanęła elita europejskiego motorsportu – łącznie 1046 motocykli. Wśród nich skromna, zaledwie dwuosobowa reprezentacja z Polski.
Wspominając po latach ten moment, kierowca załogi Witalis Rynkiewicz nie krył skali zaskoczenia skalą przedsięwzięcia:
„Przygotowałem mojego harleya, jak można było najlepiej, załadowaliśmy go do pociągu i ruszyliśmy do granicy. Stamtąd już na motocyklu do Berlina. Dopiero po przybyciu na miejsce startu okazało się, co to za impreza. Głównym jej patronem był Hitler…” – wspominał zawodnik warszawskiej Legii.
Maszyna, lojalność i polskie opony Stomil
Duet Witalis Rynkiewicz (kierowca) i Józef Docha (partner w koszu) wystartował na ciężkim Harleyu-Davidsonie z wózkiem bocznym. Polacy z honorem odrzucili oferowane przez organizatorów opony Continental, decydując się na krajowe opony Stomil, które doskonale zniosły trudy rajdu.
Dane techniczne Harley-Davidson Seria V (ok. 1934):
- Silnik: V-Twin, dolnozaworowy (Flathead), 74 cale sześcienne (ok. 1200 cm³).
- Skrzynia biegów: 3-stopniowa, ręczna.
- Zawieszenie: Widelec trapezowy (Springer).
- Ogumienie: Polskie opony Stomil.
Piekło na trasie: kurz, krew i morderczy brak snu
Rajd nie był zwykłą przejażdżką – był morderczą walką z czasem, sprzętem i własną fizjologią. Trasa musiała być pokonana niemal bez przerwy, co wymuszało jazdę z zabójczą średnią prędkością (ok. 70 km/h) po drogach, które w latach 30. dalekie były od standardów dzisiejszych autostrad.
Polska prasa i sami zawodnicy opisywali po powrocie dantejskie sceny, jakie działy się na trasie:
„Piekielny rajd non-stop zamienił się w rzeź niewiniątek. Jechaliśmy w gęstym kurzu, spod kół sypały się kamienie, a zmęczenie odbierało zmysły. Na poboczach co chwila widzieliśmy roztrzaskane maszyny i rannych motocyklistów. Kto na chwilę zamknął oczy ze zmęczenia, lądował w rowie lub uderzał w drzewo. To nie był sport, to była walka o przetrwanie.”
Statystyki były bezwzględne: z 1046 maszyn, które opuściły Berlin, do mety dotarło zaledwie 698, 4 osoby zginęły. Ponad 300 załóg odpadło z powodu ciężkich awarii lub makabrycznych wypadków. Polacy jechali jednak jak natchnieni – bezbłędnie technicznie, z niesamowitą precyzją i strategicznym chłodem, omijając leżące na trasie wraki maszyn.
Wściekłość Hitlera i panika na mecie
Gdy potężny Harley z polską flagą jako pierwszy zameldował się na linii mety w Baden-Baden, wśród niemieckich dygnitarzy i organizatorów wybuchła bezbrzeżna panika i wściekłość. Sukces Polaków całkowicie zrujnował propagandowy plan Hitlera. Führer osobiście liczył na to, że rajd ukaże światu bezdyskusyjną wyższość niemieckich marek (DKW, NSU, BMW) oraz niemieckich kierowców.
Zamiast triumfu rasy aryjskiej, na oczach rozwścieczonych nazistowskich prominentów, najwyższe honory odebrali dwaj Polacy. Na oficjalnym gmachu, obok flag ze swastyką, musiano z wielką niechęcią zawiesić polską flagę z Białym Orłem.
Jak donosiły ówczesne relacje zakulisowe:
„Wśród organizatorów i najwyższych dowódców NSKK oraz SS panował blady strach i furia. Hitler był wściekły, że cała ta potężna logistyka i miliony marek poszły na marne, by ostatecznie ułatwić triumf 'obcym’. Doszło do kompletnej kompromitacji wizerunkowej.”
Niemcy byli tak pewni zwycięstwa, że na mecie nie przygotowali… niczego dla zagranicznych gości. Gdy Rynkiewicz i Docha odbierali gratulacje, oficjalna orkiestra w pośpiechu i nerwach przetrząsała swoje archiwa, desperacko poszukując zapisu nutowego Mazurka Dąbrowskiego, by móc odegrać hymn zwycięzców.
Triumf duetu Rynkiewicz-Docha z 22 lipca 1934 roku pokazał, że polscy motocykliści potrafili wygrywać w jaskini lwa, ucierając nosa potężnej machinie państwowej, która miała być rzekomo nie do pokonania.









